czwartek, 27 lutego 2014

23. Zaatakowani

Hej.
Tak wiem, że nie pisałam długo i przepraszam was za to. Szczerze mówiąc, naprawdę podziwiam was za waszą cierpliwość do mnie. Nie będę obiecywała, że będę pisała częściej, bo zapewne to będzie moja norma - notka na dwa, trzy miesiące. Powiem tylko, że się postaram, i że już zaczęłam pisać rozdział 24. Na tym rozdziale utknęłam, kiedy spróbowałam wepchnąć zwrot akcji, który wszystko skomplikował i popsuł. Dziś w końcu podjęłam decyzje, by usunąć te kilka akapitów, które wszystko mi utrudniały, "cofnąć się w czasie" i tadam! Nagle wszystko się ułożyło.
Nie jestem do końca zadowolona z tego rozdziału. Coś mi w nim jakby... zgrzyta. Może dlatego też tak ociągałam się z jego dokończeniem. Za to następny (póki co) idzie mi lepiej i daje więcej satysfakcji. Cóż, zobaczymy jak to będzie...
I proszę, nie bądźcie na mnie źli za te przerwy. Ten blog nie jest moim jedynym zajęciem na wolny czas. Staram się również pisać opowiadani fanfiction do Darów Anioła Cassandry Clare (którego najpewniej nie opublikuje dopóki go nie skończę) oraz trochę własnej twórczości. Na dodatek bardzo, bardzo, bardzo dużo czytam. A, no i powinnam się uczyć...
Dobra, nie będę was zanudzała.
Miłego czytania :)

***

            Stałam jak wmurowana, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało.

            Ale to prawda.

            Jedyne osoby, którym ufałam, mnie zdradziły. Jak Judasz, jak Brutus, jak… Ale nie to teraz było ważne.

            Powoli się obróciłam, wiedząc, co zaraz tam zobaczę. Stał tam, z rękami nonszalancko schowanymi w kieszeniach czarnego płaszcza i szerokim uśmiechem na twarzy. I byłabym gotowa zetrzeć mu ten uśmieszek moją pięścią, gdyby nie coś, co zobaczyłam w jego oczach.

            Obawę.

            Wiedział, a przynajmniej domyślał się, że zaraz ucieknę. Więc po co to robił?

             - Ja… - zaczęłam, jednak nie wiedziałam jakich słów użyć. Byłam wściekła, smutna, zdezorientowana i zagubiona. Setki myśli plątało się w mojej głowie i nie chciałam walczyć z nimi na ich, na JEGO oczach. Nie chciałam tu być. -  Muszę już iść.

            Odwróciłam się, gotowa wejść w tą samą alejkę, którą przyprowadziła mnie tu Kate, jednak nim zdążyłam cokolwiek zrobić Potter złapał mnie za rękę.

             - Lily, nie uciekaj.

            Prychnęłam oburzona, znów zwracając się w jego stronę.

             - Ja nie uciekam. Jest już późno i ciemno i po prostu nie chcę wracać do szkoły po nocy – powiedziałam, nie wysilając się nawet na lepszą wymówkę. Nie ważne co bym wymyśliła on i tak zna prawdę. Nie chciałam tam być.

             - Masz rację. Jest późno i ciemno. Odprowadzę cię do zamku – uśmiechnął się szeroko i dopiero w tym momencie uświadomiłam sobie, że on wciąż trzyma moją rękę. Szybko ją wyrwałam.

             - Nie trzeba, sama trafię.

            Odwróciłam się i ruszyłam w stronę głównej drogi, wiedząc, że uliczki, którymi przyprowadziła mnie tutaj Kate niekoniecznie są bezpieczne. Z plątaniny uczuć, jaka nade mną panowała nie potrafiłam rozróżnić ani jednego z nich. I choć słyszałam jak mnie wołają i przepraszają nie odwróciłam się, poprawiając torbę na ramieniu i idąc wciąż przed siebie. Chciałam być sama i taki spacer dobrze mi zrobi. Prawda?

            Zawiał lodowaty wiatr i opatuliłam się cieplej płaszczem, garbiąc ramiona i schylając głowę. Mogłam się cieplej ubrać, szczególnie, że czekała mnie jeszcze długa trasa powrotna. Nogi automatycznie prowadziły mnie znajomymi ulicami w kierunku zamku, więc mogłam skupić się wyłącznie na swoich myślach.

            Kiedy próbowałam zrozumieć, co czuje, miałam wrażenie, że próbuję wydobyć pojedyncze nitki z wielkiego supła, tak, by kroczek po kroczku go rozplątać.

Po pierwsze czułam się… zraniona? Moje przyjaciółki zawiodły moje zaufanie. I choć była to mała sprawa i tak mnie okłamały i intrygowały za moimi plecami. Jedynym, co je usprawiedliwiało, był fakt, że wierzyły w to, że w jakiś pokręcony sposób mi pomagają.  Na Merilna, one chciały zeswatać mnie z Jamesem! Co to za absurd?!

Teraz zaczął nade mną górować gniew. Czy one naprawdę wierzyły, że Potter i ja… że ja i James… że my… Skrzywiłam się na samą myśl. Naczytały się zdecydowanie za wiele romansideł.

Mimo to wiedziałam, że im wybaczę. Czegokolwiek nie zrobiły, zrobiły to z myślą o mnie i choć nie za bardzo trafiły w moje… hm… ukryte pragnienia, liczą się chęci, nieprawdaż?

Zaś Potter… Musiałam z nim po prostu na spokojnie porozmawiać. Nie krzyczeć. Nie okazywać pogardy. Spokojnie wyjaśnić, że ta zabawa w kotka i myszkę nie ma przyszłości i powinniśmy ją skończyć. Zrozumie, prawda? A jak nie, zawsze mogę…

Moje rozmyślania przerwała nagła ciemność.

Stanęłam i, tak jak kilku pojedynczych pieszych na ulicy, rozejrzałam się zdezorientowana. Zgasły latarnie. Na całej ulicy. Próbowałam zwalczyć moją paranoję, która krzyczała: „wyciągnij różdżkę! Schowaj się!”, ale nie mogłam.  W tych czasach nikt nie mógł. Przecież w Hogsmeade nigdy nie gasły latarnie. Nie potrzebowały prądu, więc myślenie o awarii byłoby naiwne. Tu nie miało co się popsuć, bo wszystko opierało się na magii. Rzucone zaklęcie nie psuje się, tylko zostaje przez kogoś złamane. Specjalnie.

Widziałam jak na twarzach tych pojedynczych osób pojawia się ta sama obawa, która byłam pewna, że teraz widniała na mojej. Wszyscy prawie w jednej chwili wznowili wędrówkę, tym razem idąc szybszym, bardziej nerwowym krokiem. Wyciągnęłam różdżkę z kieszeni szaty i zacisnęłam na niej rękę w kieszeni płaszcza, ruszając i co jakiś czas rozglądając się dookoła.

Na Merlina, obym tylko miała paranoję.

Oby to nie było to, co myślę.

Błagam.

 

 

 

James stał w miejscu, patrząc jak ta uparta dziewczyna znowu odchodzi. Kiedy ona w końcu się podda?

Równie dobrze ty mógłbyś się już poddać…

James potrząsnął głową. Oczywiście, że nie. On się nigdy nie poddaje i zawsze dostaje to czego chce. Tylko jeszcze nie dziś.

Wreszcie odwrócił się w stronę Kate, Dorcas i Ann. Patrzyły na niego z niepokojem, jakby obawiały się, że zaraz wybuchnie płaczem i zacznie tupać nogami, jak rozkapryszone dziecko.

Na jego twarzy pojawił się jedynie arogancki uśmieszek.

 - To co robimy? – spytał ze swoją naturalną nonszalancją.

            Gryfonki patrzyły na niego jeszcze przez długą chwilę, zanim wreszcie odezwała się Dorcas:

             - W ogóle cię to nie rusza?

            James wzruszył ramionami.

             - I tak w końcu się zgodzi. Ja mogę poczekać. I… - Potarł ręką kark w nerwowym geście. – Dzięki, że spróbowałyście.

            Kate jęknęła.

 - Ona nas zabije. I to brutalnie, najprawdopodobniej najpierw wydrapując oczy, a potem wyrywając paznokieć po paznokciu.

Ann pokiwała smętnie głową.

 - Wiesz, że ostatnio wypożyczała z biblioteki książkę „Sto sposobów na wroga”? Przeczytała mi kilka. Mam nadzieję, że nie trafi mi się numer 72 – dodała, wzdrygając się.

             James tylko zaśmiał się głośno z tego jak dramatyzowały. Był pewien, że mimo wściekłości Lily im wybaczy i to dość szybko. Pewnie już po powrocie do dormitorium.

             - Chodźcie. W ramach rekompensaty, a zarazem ostatniego pożegnania postawię wam po Czekoladowym Smoczym Jaju w Miodowym Królestwie.

            Miał ochotę znów się zaśmiać, kiedy zobaczył jak rozbłysły im oczy. Nie ma nic lepszego na dogodzenie kobiecie niż czekolada, czyż nie?

            Kiedy ruszyli tą samą drogą, którą wcześniej uciekła Lily, Dorcas i Ann poszły przodem, wymieniając jakieś typowo dziewczęce uwagi, zaś Kate zrównała swoje tempo z Jamesem.

             - Co tam? – spytał beztrosko.

            Dziewczyna tylko zmarszczyła brwi.

             - Dlaczego już nie rozmawiamy?

             - Słucham? – zdziwił się Potter.

             - Jesteśmy sąsiadami, razem uczyliśmy się grać w quidditcha, razem bawiliśmy się w dzieciństwie i… no wiesz… wydawało mi się, że się kumplujemy, czy coś – dodała niezdarnie. – A jednak od ponad roku w ogóle nie rozmawiamy. Jak to się stało?

            James przyjrzał jej się. Miała rację, ale dlaczego teraz zaczęła się tym przejmować?

            Wzruszył ramionami.

             - Przyjaźnisz się z Lilianne, a ona mnie nie cierpi. Raczej nie mogłabyś przyjaźnić się z nami obojgiem równocześnie, a…

            Nie dane mu było dokończyć zdania, bo nagle zgasły wszystkie światła. Cała czwórka zatrzymała się, rozglądając się niepewnie. Zapadła niepokojąca cisza, ludzie nerwowo się rozglądali. James nie musiał się zbyt długo zastanawiać, by domyślić się, co się może dziać. I zdecydowanie mu się to nie podobało.

            Złapał Kate za rękę i pociągnął w stronę stojących z przodu Ann i Dorcas.

             - Chodźcie, szybko – powiedział do nich stanowczym tonem. – I wyciągnijcie różdżki.

            Szli razem ściśniętą grupą, co chwila upewniając się, że nikogo nie brakuje.

             - James, gdzie idziemy? – wyszeptała Dorcas, bojąc się zaburzyć trwającą na ulicy ciszę.

            Błysnął w jej stronę uśmiechem.

             - Do Miodowego Królestwa.

            Dziewczyna otworzyła szeroko oczy.

             - Co? – pisnęła, niedowierzając. – James, ty nie widzisz, że coś się dzieję?! Musimy się ukryć, a nie kupować słodycze! Potem spłacisz dług! – pociągnęła go za rękaw, jej podniesiony głos nie był głośniejszy niż szept.

            Potter tylko spojrzał na nią z pobłażaniem idąc dalej w stronę, znajdującego się już w zasięgu wzroku sklepu.

             - Dor, jestem huncwotem. Trochę zaufania. I szybciej.

            I wtedy w oddali usłyszeli huk. Stłumiony odległością, ale wyraźny. Przystanęli na chwilę, a potem całą czwórką ruszyli biegiem w stronę sklepu. Nagle Dorcas, Ann i Kate postanowiły mu zaufać, licząc, że Rogacz wie co robi.

            Kiedy wpadli do sklepu, przecisnęli się przez spanikowane tłumy matek ciągnących dzieci za rękę, nie zwracając na nikogo uwagi. Tutaj też nie było światła, co ułatwiło im wymsknąć się na zaplecze. Kiedy zamknęli za sobą drzwi, James odetchnął głęboko. Udało się.

             - James, o co chodzi? Dlaczego tutaj jesteśmy? – zapytała Kate, rozglądając się niepewnie w ciemności.

             - Jest tu tajne przejście do szkoły – odparł, wzdychając. Wtedy znów usłyszeli huk, tym razem z o wiele mniejszej odległości. Jamesa ścisnęło coś w żołądku na dźwięk krzyków, które rozległy się zaraz po nim. Krzyki przerażenia. Bólu. W tej chwili komuś się działa krzywda.

             - To Śmierciożercy, prawda? – wyszeptała przejęta Dorcas. – Są w Hogsmeade.

            Zapadła cisza. James wiedział, że już dawno powinien wepchnąć dziewczyny do przejścia i pójść zaraz za nimi, ale coś go tu trzymało. Nie chciał zostawiać tego miejsca, tych ludzi, samym sobie.

James Potter nie uciekał.

            Wtedy Ann załkała.

             Jej szloch brzmiał jak krzyk w cichym pomieszczeniu, rozbijając otaczającą ich ciszę.

             - A Lily…? A jeśli coś jej się… jej się… stanie?

            Rogacz poderwał głowę.

Na Merlina, Lily.

 


 

Kiedy rozległ się pierwszy huk, nie wiedziałam co robić. Z różdżką w ręku ruszyłam biegiem przed siebie, choć wiedziałam, że nie mam żadnych szans dobiec do szkoły. Za daleko, za mało czasu.

Nie przestając biec rozglądałam się za kryjówką, jakąkolwiek, ale w ciemności nie mogłam nic dostrzec. Nie zwracałam uwagi na biegających dookoła mnie ludzi. W głowie powtarzałam wszystkie zaklęcia obronne w kółko i w kółko, i w kółko. A potem jeszcze raz.

Gdzie miałam iść?

Z lewej strony i z o wiele bliższej odległości rozległ się drugi huk. Przyspieszyłam, choć już osłabły mi nogi, a płuca paliły żywym ogniem. Powinnam skręcić w prawo, ale nie było żadnych alejek skręcających, żadnych odnóg. Huki rozbrzmiewały coraz częściej, słyszałam coraz więcej krzyków i coraz więcej łez leciało z moich oczu. Tam ludzie cierpieli, byli krzywdzeni a ja biegłam. Tak bardzo się bałam. O siebie. To było egoistyczne, ale tak bardzo nie chciałam, żeby mnie znaleźli, żeby zrobili mi krzywdę. Nie chciałam umierać.

A potem usłyszałam łkanie. Ciche, stłamszone przez wszystkie krzyki i kroki, ale wystarczające, bym stanęła jak wryta i obróciła się.

Pod ścianą jednego z budynków, ukryta w cieniu stała skulona mała, jasnowłosa dziewczynka. Z postury wydawała się mieć pięć, może sześć lat.

 - Mamo! – szlochała, przeszukując wzrokiem ulicę. – Mamo!

Rozejrzałam się jak porażona w poszukiwaniu jej matki, ale widziałam tylko biegnących w panice ludzi. I wtedy rozległ się kolejny huk, niepokojąco blisko. Na Merlina, doganiają mnie.

Nie wahając się dłużej przykucnęłam przy niej w pośpiechu.

 - Gdzie jest twoja mama? – zapytałam, nie bawiąc się w głupie wstępy. Nie było na to czasu.

            Spojrzała na mnie z szeroko otwartymi oczami.

             - Nie wiem. Było tak dużo ludzi i puściła moją rękę.

            Znów się rozejrzałam, by zobaczyć jedyną rzecz, która mogła mnie przerazić bardziej niż huki i krzyki. Błyski zaklęć. Dalekie, ale wyraźnie widoczne.

            Mój Boże, nie mam czasu!

             - Posłuchaj, teraz nie jest tu bezpiecznie. Zabiorę cię stąd, a potem znajdziemy twoją mamę, dobrze?

            Nie miałam zamiaru czekać na odpowiedź. I tak, nie ważne co by zdecydowała, nie zostawiłabym jej tu. Podniosłam się na nogi, złapałam za rękę i pociągnęłam, zaczynając biec najszybciej jak ONA mogła. Ale i tak byłam na skraju wyczerpania.

            Nie znałam jej imienia ani ona nie znała mojego, a jednak biegłyśmy ramię w ramię, tylko co jakiś czas oglądając się za siebie, każda w poszukiwaniu czegoś innego.

Ona zadawała sobie pytanie: gdzie jest mama?

Ja się pytałam: gdzie oni są?

Wreszcie skręciłyśmy w jedną z bocznych uliczek. Nie wiedziałam gdzie biegłam, jedynie skręcałam, prowadząc ją za sobą, byleby znaleźć się jak najdalej. W końcu, kiedy udało mi się zbudować wystarczający dystans, znalazłam się na całkowicie nieznanej mi małej uliczce, które licznie się krzyżowały w tej okolicy. Było ich tu mnóstwo. To dobrze.

Pociągnęłam ją za sobą wzdłuż budynków, szukając kryjówki. Nie mogłyśmy cały czas biec, musiałyśmy się schować. Mój krok był szybki i stanowczy, ona zaś truchtała za mną uczepiona mojej ręki. Chyba bała się ciemności.

Wreszcie wybrałam; stary, opuszczony sklep z meblami na wystawie. Przez szybę mogłam zobaczyć również dwie rzeczy, które najbardziej mnie interesowały: schody na piętro, na którym mogłybyśmy się schować i dzwoneczek nad drzwiami, który ostrzegłby mnie przed nadchodzącym intruzem.

Bez dłuższego namysłu wyciągnęłam dwie wsuwki z włosów, uklękłam i zaczęłam operować przy zamku. Na Merlina, jak ja marzyłam, by po prostu móc użyć Alohomory, ale wiedziałam, że każdy normalny sklepikarz lepiej zabezpiecza swój sklep. Inaczej w środku nocy mógłby przyjść byle jaki czarodziej i wynieść cały towar.

Kiedy zamek kliknął z niecierpliwością pociągnęłam za klamkę, wchodząc tam i wciągając za sobą małą. Nad swoją głową usłyszałam jasny dźwięk dzwoneczka. Dobrze. Starannie zamknęłam drzwi pchając ją w ciemności w stronę schodów. Weszłyśmy na górę i choć zewsząd dobiegały dźwięki krzyków, huków o wiele głośniejsze niż to wszystko wydawało mi się skrzypienie schodów i drżenie naszych oddechów.

Na górze ukryłyśmy się za zestawem mebli mając łatwy widok na schody, ale wciąż będąc niezauważalnymi. Rozłożyłam tam koc wzięty z jednej z kanap, ale nie wypuściłam różdżki z ręki ani na chwilę. Wciąż byłyśmy zagrożone. Kiedy usiadłyśmy razem opatuliłam ją drugim kocem, a ona się we mnie wtuliła, szukając ciepła i wsparcia.

 - Jak ci na imię? – zapytałam, obejmując ją ramieniem, by mogła wtulić się bardziej.

 - Celine – wymamrotała, nie patrząc na mnie.

Pokiwałam głową.

 - Ja jestem Lily – odparłam, wiedząc, że nie ośmieli się zadać tego pytania. – Ile masz lat?

Zerknęła na mnie tymi swoimi niebieskimi, niewinnymi oczami.

 - Sześć. A ty?

 - Piętnaście.

Spojrzała na mnie z większym zainteresowaniem.

 - Jesteś w Hogwarcie? W jakim domu? – spytała, jednak jej głos wciąż był przyciszony i niepewny.

 - W Gryffindorze – powiedziałam, wskazując na związany dookoła mojej szyi czerwono-żółty szalik.

 - Moja mama mówiła, że Gryffindor jest fajny, ale i tak wolałaby, żebym trafiła do Ravenclawu, tak jak ona.

 - Ravenclaw to bardzo dobry dom. Na początku nawet marzyłam, że do niego trafię. Ale podoba mi się w Gryffindorze – wyszeptałam, uśmiechając się do niej delikatnie.

Ona również się uśmiechnęła i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy doszedł nas kolejny huk. Z bardzo, bardzo bliska. Byli może dwie ulice dalej.

Celine wtuliła się we mnie mocniej, chowając twarz w fałdach materiału mojego płaszcza ze strachu, więc delikatnie pogładziłam jej włosy, szepcząc słowa pocieszenia.

W końcu na mnie spojrzała.

 - Co się dzieje? Kto to robi?

 - Śmierciożercy zaatakowali Hogsmeade, Celine. Niedługo przyjdzie Dumbledor i aurorzy i ich wygonią, ale musimy jeszcze chwilkę poczekać.

 - A co z moją mamą?

 - Twoja mama jest dorosłą czarownicą, która potrafi o siebie zadbać. Da sobie radę, a jak to wszystko się skończy znajdzie cię i zabierze cię do domu.

Niepokojące hałasy zbliżały się do naszej uliczki, a ja nie wiedziałam co robić. Teraz mogłam już wyraźnie rozróżnić głosy, okrutne śmiechy i sentencje zaklęć. Ale było ich mniej, nie więcej niż sześć. Miałam ochotę walnąć głową o ścianę. Oczywiście, że się rozdzielili, tak mogą wyrządzić więcej szkód.

Słyszałam jak się zbliżali, ich grubiańskie śmiechy, dźwięk wybuchów, rozbijanego szkła. Celine otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale przyłożyłam palec do ust i patrząc na nią poważnie pokręciłam głową. Nie chciałam ryzykować.

Byli coraz bliżej i wreszcie mogłam wyróżnić głosy. Trzy. Na Merlina, gdyby tu weszli nie miałabym szans.

 - Cholera jasna! Mogli nam przydzielić jakąś ciekawszą dzielnice, tutaj nikogo nie ma!

 - Nie marudź, stary. Nie podoba ci się nowa biżuteria dla Marie?

 - Zamknij się, Clof… Ała! – krzyknął nagle, i wtedy odezwał się trzeci głos.

 - To ty się zamknij debilu! Zwariowałeś?! Żadnych nazwisk, bo zanim się obejrzysz skończysz w Azkabanie. Nawet ściany mają uszy.

 - Właśnie o tym mówię! To jest jakieś pieprzone pustkowie, po cholerę kazał nam rozwalać pozamykane sklepy?!

I wtedy nadstawiłam uszu. On. On im kazał. Kim jest ich dowódca?

 - Nie podważaj rozkazów Czarnego Pana. To pierwsza i jedyna zasada, którą powinieneś znać, rozumiesz?

 - Chcę coś rozwalić – ponownie zaczął ten pierwszy, tłumacząc powoli, prawie łopatologicznie towarzyszom. - Coś innego niż szkło i drewno. Połamać ręce i nogi, potem pociąć i rzucić Crucio. Nie mam komu.

Słysząc ten opis  z ust Celine wydobył się cichy pisk. Jej dłoń natychmiast powędrowała do ust, zasłaniając je w całości. Spojrzała na mnie wielkimi z przerażenia oczami, które krzyczały: „przepraszam, ja nie chciałam!”.

Nasłuchiwałam. Na zewnątrz zapadła cisza, która dawała jasno znać, że usłyszeli i oni również nasłuchiwali.

Przez następne kilka sekund nie działo się nic, a ja siedziałam ze spiętymi ramionami i różdżką mocno zaciśniętą w pięści.
 
           A potem zadzwonił dzwoneczek.


 ***
Co wy na to? Jestem ciekawa waszych opinii.

poniedziałek, 4 listopada 2013

22. Prezentowa gorączka?


Przepraszam. Mogłabym zacząć pisać o tym jak nawaliłam, zawaliłam i jak beznadziejna jestem. I wiem, że powinnam, bo to wszystko prawda. Ale po co wymieniać się oczywistościami? Nie, najpierw muszę wam się do czegoś przyznać!
Pewnego dnia, jakoś w październiku, uznałam, że nie ma sensu już dawać wam złudnej nadzieji. Byłam zrezygnowana, rozczarowana sobą, więc weszłam tutaj i opublikowałam notkę o zawieszeniu, a że naprawdę dawno tu nie zaglądałam, postanowiłam też przeczytać wszystkie zaległe komentarze. I powiem szczerze, że nic nie mogło mi dać lepszego kopa w tyłek :D. W rekordowym tempie od opublikowania informacji o zawieszeniu usunęłam ją i zaczęłam pisać. I może rozdział opublikowałabym już jakiś czas temu, niestety w weekend, dwa tygodnie temu rozwalił mi się zasilacz od laptopa. Zamówienie na allegro, setki nieporozumień i wreszcie(?) dzisiaj dotarł.
Jaka jest puenta tej historii?
Że ten rozdział zawdzięczacie tylko i wyłącznie sobie!
Dlatego dedykuje go wszystkim komentującym! Nawet nie wiecie, jak pomaga świadomość, że nie jesteś sam, i że ktoś cię wspiera. Ja do tej pory nie doceniałam warości tego.

Całuję was mocno i przepraszam za wszystko :*
B.luck lady



***


            Potter dotrzymał obietnicy. Dał mi spokój na całe dwa tygodnie, dzięki czemu udało mi się jak najlepiej przygotować wieczerzę i dekorację na Noc Duchów, a nawet całkiem przyjemnie spędzić ten wieczór. Było to niesamowite wrażenie, podziwiać stworzone przez siebie ozdoby i widzieć miny innych, na widok tych wszystkich dekoracji. Kilka osób nawet podeszło i nam pogratulowało. Miałam doskonały humor.

            Potter zaś był… do zniesienia. Ani razu nie złapałam go na „rozmowach” ze Snapem lub innymi uczniami. Dostał tylko jeden szlaban za to, że wraz z kolegami zamknął kotkę Filcha w jednej z nieużywanych sal lekcyjnych i ją wyciszył. Biedny woźny przebiegł całą szkołę, zaglądając od sali do sali, byle tylko ją odnaleźć.

            Jednak nie zaczepiał mnie i nie wrzeszczał „Evans, umówisz się ze mną?!”, jak to miał wcześniej w zwyczaju. Co jakiś czas tylko, wyprzedzając mnie na szkolnym korytarzu szeptał mi do ucha:

             - Jeszcze tylko cztery dni.

            Za pierwszym razem, gdy to zrobił prawie krzyknęłam, przerażona. Przecież rzadko się zdarza, by ni stąd ni zowąd słyszeć nad uchem czyjś głos, usprawiedliwiałam się przed sobą, zawstydzona swoją reakcją.

            Byłam jednak świadoma, że godzina zero się zbliżała i już niedługo Potter będzie miał wolną rękę. Odpychałam jednak tą ponurą perspektywę, odgradzając się stosem ksiąg i górą wypracowań. Uświadomiłam sobie bowiem, że już w tym roku SUMy, a ja jeszcze nawet nie wzięłam się za porządne przygotowania! Dlatego wolny czas spędzałam w bibliotece, szukając coraz to nowszych i bardziej przydatnych podręczników.

             - Czerwona barwa… gorzki smak… - mruczałam pod nosem robiąc notatki do wypracowania na eliksiry. Było pochmurne popołudnie, a ja właśnie siedziałam w bibliotece, przeglądając jedną ze starych, zakurzonych ksiąg.

            Wtedy jednak drzwi pomieszczenia otwarły się z hukiem, a w progu stanął sam James Potter, szukając czegoś zawzięcie wzrokiem. Kiedy jego spojrzenie padło na mnie, w jego oczach od razu zapaliły się te łobuzerskie błyski. Podszedł do mnie i stając nad moim stolikiem, spytał głośno z szerokim uśmiechem na ustach:

             - Evans, umówisz się ze mną?

            Język ludzki jest zbyt ubogi (choć słyszałam, że elficki ma odpowiednie słowo), by określić satysfakcje, widniejącą wtedy na jego twarzy. Kilka osób podniosło wzrok znad woluminów i spojrzało na nas z niekrytym zainteresowaniem.

            Ja zaś zerknęłam na niego zszokowana.

             - Potter, nie pamiętasz? Mamy umowę, więc mi nie przeszkadzaj.

            Jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył.

             - A wcale, że nie! – wykrzyknął uradowany. – Nasza umowa skończyła się dokładnie trzy minuty temu! Wybacz, za to opóźnienie, ale musiałem jeszcze cię znaleźć – puścił mi oczko, ewidentnie uszczęśliwiony. – Więc jak, Evans? Jedna mała randka nikomu jeszcze nie zaszkodziła…

             - Spadaj, Potter, jestem zajęta – powiedziałam, przerażona myślą o tym, co zacznie się teraz dziać w moim życiu.

             - Pójdę sobie, jak się zgodzisz ze mną umówić – uśmiechnął się bezczelnie.

            Z westchnieniem zamknęłam książkę i spakowałam torbę, mówiąc:

             - Dobrze, więc ty sobie tu stój, a ja nie będę ci przeszkadzać.

            I wyszłam, licząc na to, że nie wybiegnie za mną, wrzeszcząc: „Ale Evans, co z naszą randką?!”.

            Przeliczyłam się.

             - Ale Evans, co z naszą randką?! – zawołał oburzony, jakby czytał mi w myślach i wybiegł za mną z biblioteki.

             - Jest równie nierealna, jak była przedtem – powiedziałam stanowczo.

I znów szliśmy razem, ramię w ramię, przez szkolne korytarze. Deja vu? Przyspieszyłam kroku, choć i tak miałam świadomość, że przy sprawniejszym i bardziej wysportowanym Jamesie nie miałam szans uciec.

             - Łoł, nie pędź tak, bo jeszcze się zmęczysz! – zawołał wciąż rozweselony, a ja powstrzymywałam w sobie wszelkie mordercze instynkty. Dasz radę Lily, jeszcze trochę. – Daj, poniosę ci torbę, bo pewnie jest ciężka – zaproponował i jednym szybkim ruchem zsunął mi ją z ramienia.

             - Co? Ej! – krzyknęłam, jeszcze bardziej oburzona. – Oddaj!

             - Nie, bo się zmęczysz, a ja jako dżentelmen nie mogę na to pozwolić – odparł, uśmiechając się do mnie łobuzersko. Taa, był to uśmiech typowego huncwota…

             - Pff! – prychnęłam, jakbym usłyszała dobry żart. – Ty i dżentelmen, dobre sobie! Dżentelmen nie napastowałby koleżanki z roku o głupią randkę, jeśli z milion razy powiedziała mu NIE!

             - Po prostu wiem, że ta koleżanka też chce tej randki, choć może o tym jeszcze nie wiedzieć.

             - Ja… Ty… Po prostu… - zabrakło mi słów. Patrzyłam na niego, nie mogąc uwierzyć w jego arogancję. W końcu, odzyskując rezon, zdenerwowałam się: - Oddaj mi w końcu moją torbę! – krzyknęłam, zatrzymując się i tupiąc nogą.

            On również się zatrzymał i przyjrzał mi się badawczo. Choć napastował mnie dopiero od niedawna, wiedziałam, że to zły znak - analizował, jak daleko może się posunąć i jak wiele mogę poświęcić, by wreszcie odzyskać własność.

             - A jak bardzo ci na niej zależy? – spytał, wpatrując się we mnie natarczywie i unosząc leniwie prawą brew. To wszystko w połączeniu z huncwockim uśmiechem na jego twarzy powaliłoby na łopatki połowę populacji żeńskiej.

             - Trochę… - zawahałam się, wiedząc, że nie mogę pokazać jak bardzo jej potrzebuje. Przecież tam są wszystkie moje prace domowe!!!

             - Czyli, będziesz na mnie TROCHĘ zła, jeśli wrzucę jej zawartość do jeziora – stwierdził, ruszając wzdłuż korytarza. To wystarczyło. Mimowolnie drgnęłam i zrobiłam krok w jego stronę, a on zatrzymał się z triumfalnym uśmiechem na ustach. – Och, odnoszę wrażenie, że zależy ci na niej trochę bardziej, niż się do tego przyznajesz. – I znów ten huncwocki uśmieszek na jego ustach.

             - Potter, po prostu mi ją oddaj – westchnęłam, zła na siebie, że dałam się tak głupio podpuścić, jak jakaś naiwna ośmiolatka.

             - Więc mi ją zabierz – zaproponował z rozbrajającym błyskiem w oku.

            Podeszłam do niego, jednak kiedy tylko sięgnęłam ręką po swoją własność, ona już znajdowała się poza moim zasięgiem.

             - Potter, nie zachowuj się jak głupi dzieciak! Oddaj mi ją! Nie masz prawa mnie szantażować! – krzyknęłam i ponownie rzuciłam się w kierunku swojej torby, łudząc się, że tym razem ją odzyskam.

            Zapomniałam tylko, że w tej szkole nikt nie ma lepszego refleksu niż szukający Gryffindoru. W jednej chwili pochwycił mnie wolną ręką i, odrzucając torbę w bok, przycisnął do ściany. Z jedną ręką na mojej talii i drugą opartą nad moim ramieniem, wpatrywał się we mnie z huncwockim uśmiechem, który wręcz krzyczał „zaraz coś przeskrobię”.

             - Lily, musisz się czegoś nauczyć – westchnął teatralnie, obserwując jak narasta popłoch w moich oczach. - To przed chwilą nie był szantaż. Szantaż brzmiałby mniej więcej tak: nie puszczę cię, jeśli mnie nie pocałujesz.

            Przerażona zerknęłam na niego, nie będąc pewna co on wyprawia. Nie podobało mi się położenie jego rąk (szczególnie tej jednej, która mnie dotykała) ani bezczelny uśmiech na ustach. Bez zastanowienia spróbowałam go odepchnąć, jednak on nawet nie drgnął. Uśmiechnął się tylko szerzej, obserwując moją bezsilność.

             - Potter, puść mnie – zażądałam stanowczo, jakbym to ja panowała nad sytuacją.

            On tylko nachylił nade mną, tak, że mogłam poczuć zapach jego perfum. Był to dla mnie swoisty automatyczny alarm, który właśnie krzyczał „ZA BLISKO”. Dopiero teraz, kiedy znajdował się tak blisko zauważyłam, jak duża jest między nami różnica wzrostu. I zrozumiałam, dlaczego moja szarpanina jest tak bezowocna.

            Prawda jest taka, że przy Potterze byłam bezsilna.

            Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednak nie dałam mu dojść do głosu. Pchnęłam go po raz kolejny, łudząc się, że tym razem może zadziałać efekt zaskoczenia.

Cholera, znowu nawet nie drgnął!

             - Proszę, puść mnie – jęknęłam błagalnie, wiedząc, że teraz mogę liczyć tylko na jego litość.

            Nachylił się jeszcze bardziej, a ja tylko mocniej wcisnęłam się w ścianę, starając się jak najdłużej zachować jakikolwiek dystans.

             - Więc mnie pocałuj – zaproponował, a w jego oczach błyszczały iskry rozweselenia.

            Położyłam rękę na jego klatce piersiowej, byle tylko bardziej się do mnie nie zbliżał.

             - Kiedy ja nie chcę!

             - To chyba trochę tak postoimy, nie uważasz? – zaśmiał się, przybierając ton dorosłego, który tłumaczy oczywistą prawdę małemu dziecku.

            I znów się zdenerwowałam.

             - Nie wystarcza ci tamten pocałunek z Pokoju Wspólnego? – warknęłam.

             - Może by wystarczył, gdyby nie jego niefortunne zakończenie – powiedział, a jego dłoń z mojej talii przeniosła się w górę i jakby mimowolnie zaczęła bawić się pojedynczym kosmykiem moich rudych włosów.

             - Och, uwierz mi, że każdy nasz pocałunek będzie się kończył w ten sposób – prychnęłam, odwracając głowę, by już nie patrzeć na tę jego minę, pełną samozadowolenia.

             - Czyli przyznajesz, że będzie ich więcej? – szepnął mi do ucha, korzystając z okazji, że jestem zwrócona do niego profilem. Mimowolnie zwróciłam się do niego twarzą (oczywiście by taka sytuacja nie mogła się powtórzyć). Jego prawa brew powędrowała do góry, a w mojej głowie pojawiło się wrażenie, że wielokrotnie ćwiczył ten flirciarsko-huncwocki wyraz twarzy w lustrze.

             - Nie, oczywiście, że nie! Raczej chodziło mi o to, że jeśli tylko mnie tkniesz, oberwiesz w właśnie taki sposób – wyjaśniłam pospiesznie.

             - Wolę pozostać przy mojej wersji.

             - Na Merlina, mówienie do ciebie, to jak walenie głową w mur!

             - Po prostu jestem uparty, przecież wiesz - wzruszył ramionami.

             - Wiem, ale jeśli tym razem też będziesz się upierał, to oberwiesz w twarz - ostrzegłam go, próbując przybrać ten sam surowy wyraz twarzy, który codziennie widzę na twarzy McGonagall w trakcie lekcji transmutacji.

             - Zaryzykuję – powiedział, co raz zerkając na moje usta i przybliżając swoją twarz do mojej. W tej chwili jego zamiary stały się aż nadto oczywiste.

             - Jesteś pewien? – Uniosłam brwi, wyczekując jego odpowiedzi. Wolałam, by on sam podpisał na siebie wyrok.

             - Jestem huncwotem, więc dla mnie bez ryzyka nie ma zabawy – mruknął, zbliżając się ustami do moich. Jego lewa ręka wciąż bawiła się kosmykiem moich włosów, zaś prawa ze ściany przeniosła się na mój kark.

            PLASK!

            W jednej chwili moja ręka wylądowała na jego policzku. Nie miałam zamiaru nigdy więcej dopuścić do takiej sytuacji, jak tej nieszczęsnej nocy w Pokoju Wspólnym. Wyrwałam się z jego uścisku i bez słowa podeszłam do swojej torby. Złapałam ją i ruszyłam korytarzem, nie zerkając na niego nawet na sekundę.

            Miał za swoje.
 

 


 

            Wielkimi krokami zbliżał się grudzień, a ku mojemu zdumieniu, do tej pory nie spadł ani jeden płatek śniegu. Mimo wszystko, uczniowie już żyli perspektywą świąt i wolności od prac domowych. Bo przecież miesiąc? Cóż to jest!

            Nawet ja uległam tej wesołej i gwarnej atmosferze, panującej wokół. Już cieszyłam się na najbliższe Hogsmeade, kiedy to z dziewczynami planowałyśmy kupić wszystkie potrzebne świąteczne prezenty. A wymarzona sobota zbliżała się wielkimi krokami.

            Co dziwne, już budząc się rano wiedziałam, że coś jest nie tak. Zaczęło się od głośnych szeptów moich przyjaciółek, oczywiście, tuż nad moim uchem. Z niechęcią otworzyłam oczy i rozejrzałam się w poszukiwaniu powodu tego zbiegowiska. Rzecz jasna one od razu to zauważyły i rzuciły się na mnie jak wygłodniałe hieny.

             - Lily, czy to od Jamesa? – zapytała Dor, a jej oczy błyszczały od ekscytacji.

             - Co? – spytałam nieprzytomnie, podnosząc się do pozycji siedzącej i pocierając oczy.

            I wtedy to ujrzałam. TO, czyli ogromne prezentowe pudło, zawinięte w krwistoczerwony papier, ze złotą kokardą, znajdujące się w nogach mojego łóżka. Zaskoczona zamrugałam kilkakrotnie, nie wiedząc o co chodzi.

             - Co to jest? – wyjąkałam nieprzytomnie.

            Dorcas zachichotała, jednak zaraz oberwała kuksańca od Kate.

             - Lil, myślałyśmy, że to ty nam to wyjaśnisz – wyjaśniła spokojnie Harrison.

             - Ale ja nie mam pojęcia…

             - Rozpakuj, rozpakuj, rozpakuj!!! – piszczała podekscytowana Dorcas. Czasem zachowywała się jak małe dziecko.

            Ostrożnie zdjęłam pokrywę z pudła i, niepewnie zaglądając do środka, zobaczyłam… kolejne pudło. W nim oczywiście znajdowała się kolejna paczka, a ja coraz bardziej zniecierpliwionymi ruchami zdejmowałam coraz to nowe pokrywy. Co to w ogóle ma być?! Wreszcie udało mi się dogrzebać do ostatniego najmniejszego pudełeczka. Nie wiedziałam jakiego typu podarunek mógłby się zmieścić w takim maleństwie. Otworzyłam je, a moim oczom ukazała się… kartka. Mała, złożona na pół.

            Słyszałam wręcz, jak dookoła mnie Kate, Ann i Dor wstrzymują oddech. Ja chyba też to zrobiłam. Powoli po nią sięgnęłam. Nie był to świstek pergaminu, ale gruby papier przeznaczony do tego typu liścików, tak by można je było dołączyć do kwiatów lub podarunku.

 

Spotkajmy się dziś o 16.00 na Placu Maloruve

Proszę, przyjdź.

J.P.

 

            Jak zaczarowana wpatrywałam się w pochyłe pismo. Miałam wrażenie, że litery i słowa falują, jakby chciały przykuć moją uwagę.

Zaglądająca mi przez ramię Dorcas skrzywiła się.

             - Serio? Dał ci kawałek papieru?!

             - Przecież nie chodzi o kawałek papieru. – Nie wiem dlaczego zaczęłam go bronić. Ale przecież nie miała racji.

             - Tak? A o co? W ogóle co za wariat daję dziewczynie setkę pudełek i pusty kawałek kartonika! – prychnęła, zawiedziona.

            Co?! Jak to pusty?!

            Spojrzałam na nią zaskoczona. Przecież ta karteczka nie jest pusta!

            Ann przyglądała mi się badawczo.

             - Myślę, że ten kartonik nie jest pusty. Przynajmniej nie dla Lily.

            Wszystkie trzy rzuciły mi zaciekawione spojrzenia, a ja po prostu wzruszyłam ramionami. Co miałam im odpowiedzieć?

             - Na Merlina! Przestań być taka tajemnicza! – zawołała rozemocjonowana Dorcas. – Co tam jest?!

             - Propozycja spotkania. Plac Maloruve o szesnastej. Przynajmniej użył słowa „proszę” – prychnęłam, wygrzebując się z pościeli i zmierzając w kierunku szafy. Zapragnęłam nagle zmienić temat, byleby tylko uniknąć ich pytań i spekulacji. – Wiecie w ogóle jak dostał się do naszego dormitorium? – spytałam pochylając się nad półką, marszcząc brwi. To naprawdę była istotna kwestia.

            Kate westchnęła.

             - Lily, odpowiedź na wszystkie tego typu pytania jest jedna: to jest James Potter.

            To mi się nie spodobało. Odwróciłam się zirytowana w ich stronę.

             - Co to ma znaczyć? Że jeśli jest Jamesem Potterem to wolno mu wszystko, a cały świat ma leżeć u jego stóp? Że wlazł sobie nielegalnie do naszego dormitorium bez naszego pozwolenia i nakłania mnie jeszcze do spotkania?! O nie! Cholera jasna, nie ma mowy, abym była kolejną jego zachcianką!

            Dziewczyny patrzyły na mnie lekko zszokowane, a ja bez słowa złapałam swoje ciuchy i zamknęłam się w łazience z przeświadczeniem, że mam rację. Może trochę przesadziłam ze swoją reakcją, ale, jak to mawiała moja mama: nie ważne jak powiedziana prawda jest zawsze taka sama. A prawda była taka, że mając szacunek do siebie nie pozwolę, by ktoś  potraktował mnie jak jednorazową zabawkę. A z całą pewnością właśnie to zrobiłby James Potter.

            Z łazienki wyszłam ubrana w czarne spodnie i zielony sweter. Włosy związałam w nieskomplikowany supeł na karku, nie bawiąc się w żadne makijaże. Kiedy Kate, Dor i Ann jak sępy rzuciły się na wolną łazienkę, ja schwyciłam drobną karteczkę i z nią w ręku zeszłam do Pokoju Wspólnego.

            Już przy samym wejściu przeszukałam go wzrokiem, wiedząc, że James Potter gdzieś tutaj musi być. Kiedy go znalazłam, siedzącego na jednej z kanap znajdujących się w kącie, on akurat wpatrywał się we mnie intensywnym i, wyjątkowo jak na niego, poważnym wzrokiem. Uniosłam karteczkę, tak by wiedział co to jest, a następnie przeszłam przez Pokój Wspólny i wrzuciłam ją prosto do kominka, czując, że każdy mój ruch jest uważnie śledzony przez jego orzechowe oczy.

 

 
 

W Hogsmead spędziłyśmy prawie cały dzień. Chodziłyśmy od sklepu do sklepu szukając najtrafniejszych prezentów dla naszych rodzin i wspólnych przyjaciół. Wedle tradycji około trzynastej rozdzieliłyśmy się na godzinę, by móc spokojnie znaleźć prezenty dla siebie nawzajem. I choć wstyd mi przyznać, panicznie bałam się, że tuż za rogiem „wpadnę” na Pottera, który będzie gadał głupoty i zachowywał się jak totalny pajac, byleby tylko znaleźć się w centrum uwagi.

Na Merlina, tak bardzo się tego bałam!

            Ale udało się. Około czternastej spotkałam się z dziewczynami w umówionym punkcie i ruszyłyśmy dalej, by zakupić już te ostatnie podarunki. Wreszcie mogłyśmy spokojnie usiąść w Trzech Miotłach, zamawiając piwa kremowe (Dorcas, Kate, Ann) i podgrzaną wodę goździkową (ja). Siedząc tam i żartując z nimi czułam się lekką i pozbawioną wszelkich problemów. Zapomniałam o wszystkim. Nie mam pojęcia jak długo tak siedziałyśmy, ale kiedy za oknem zaczęło się ściemniać, Kate zasugerowała:

             - Chyba powinnyśmy już iść. – Uśmiechnęła się szeroko, a ja nie miałam pojęcia, czy to z powodu procentów w piwie, czy może niecnego planu wepchnięcia którejś z nas w zaspę zgrabionych liści. Może oba.

             - Co? Jeszcze nie!- jęknęła rozczarowana Dorcas, ale zaraz coś huknęło pod stołem i aż skrzywiła się z bólu. Nie ma to jak dyskretny kopniak. – Może jednak rzeczywiście już chodźmy.

            Wiedziałam, że te dwie mają jakiś niecny plan, więc wychodząc z baru co chwila oglądałam się za siebie z obawą, że zaraz, któraś wskoczy mi na plecy lub ze śmiechem wepchnie do rowu. Och tak, moje przyjaciółki były nieobliczalne…

            Szłyśmy przez chwilę, aż nagle Kate zatrzymała się z przerażeniem wymalowanym na twarzy.

             - Kate, co się stało? – spytała Ann swym opanowanym głosem. Byłaby świetną mugolską terapeutką.

             - Ja… Cholera, czy mogłybyśmy tu na chwilę skręcić? Zapomniałam o jednym prezencie, a tam, kilka uliczek dalej jest świetny sklep. To zajmie tylko sekundę obiecuje – powiedziała, patrząc na nas błagalnie.

             - Jasne, nie ma problemu – odparła Dor, wzruszając ramionami.

            Westchnęłam.

             - Tylko szybko. To nie byłoby zbyt bezpieczne, gdyby cztery dziewczyny wracały same po nocy. Szczególnie w dzisiejszych czasach – zastrzegłam, wiedząc, że i tak żadna z nich mnie nie słucha.

            Kate nas poprowadziła. Skręcałyśmy w kolejne uliczki, aż sama się pogubiłam.

             - Kate, to miało być niedaleko! – zawołałam, zirytowana.

             - Tak, tak! To już za rogiem! Spodoba ci się! – uśmiechnęła się do mnie szeroko i niebezpiecznie, a ja już się bałam jakiego typu jest to sklep.

            Wreszcie skręciłyśmy. Zmarszczyłam brwi. Znałam to miejsce, ale rzadko tu przychodziłam. Plac Maloruve był rzeczywiście świetnym ośrodkiem handlowym, ale czy Kate naprawdę musiała robić te swoje zakupy właśnie tutaj? Już chciałam jej to powiedzieć, kiedy zobaczyłam ten szatański uśmiech na jej, nie, ICH twarzach. Wtedy z odległej wieży usłyszałam bicie zegara. Cztery uderzenia.

            Prawda dotarła do mnie w ułamku sekundy.

            Zamarłam, porażona faktami. Wiedziałam co się za chwile stanie.

             - Miałem nadzieję, że jednak przyjdziesz – usłyszałam za plecami przerażająco znajomy, pełen rozbawienia głos.

            Cholera.