poniedziałek, 4 listopada 2013

22. Prezentowa gorączka?


Przepraszam. Mogłabym zacząć pisać o tym jak nawaliłam, zawaliłam i jak beznadziejna jestem. I wiem, że powinnam, bo to wszystko prawda. Ale po co wymieniać się oczywistościami? Nie, najpierw muszę wam się do czegoś przyznać!
Pewnego dnia, jakoś w październiku, uznałam, że nie ma sensu już dawać wam złudnej nadzieji. Byłam zrezygnowana, rozczarowana sobą, więc weszłam tutaj i opublikowałam notkę o zawieszeniu, a że naprawdę dawno tu nie zaglądałam, postanowiłam też przeczytać wszystkie zaległe komentarze. I powiem szczerze, że nic nie mogło mi dać lepszego kopa w tyłek :D. W rekordowym tempie od opublikowania informacji o zawieszeniu usunęłam ją i zaczęłam pisać. I może rozdział opublikowałabym już jakiś czas temu, niestety w weekend, dwa tygodnie temu rozwalił mi się zasilacz od laptopa. Zamówienie na allegro, setki nieporozumień i wreszcie(?) dzisiaj dotarł.
Jaka jest puenta tej historii?
Że ten rozdział zawdzięczacie tylko i wyłącznie sobie!
Dlatego dedykuje go wszystkim komentującym! Nawet nie wiecie, jak pomaga świadomość, że nie jesteś sam, i że ktoś cię wspiera. Ja do tej pory nie doceniałam warości tego.

Całuję was mocno i przepraszam za wszystko :*
B.luck lady



***


            Potter dotrzymał obietnicy. Dał mi spokój na całe dwa tygodnie, dzięki czemu udało mi się jak najlepiej przygotować wieczerzę i dekorację na Noc Duchów, a nawet całkiem przyjemnie spędzić ten wieczór. Było to niesamowite wrażenie, podziwiać stworzone przez siebie ozdoby i widzieć miny innych, na widok tych wszystkich dekoracji. Kilka osób nawet podeszło i nam pogratulowało. Miałam doskonały humor.

            Potter zaś był… do zniesienia. Ani razu nie złapałam go na „rozmowach” ze Snapem lub innymi uczniami. Dostał tylko jeden szlaban za to, że wraz z kolegami zamknął kotkę Filcha w jednej z nieużywanych sal lekcyjnych i ją wyciszył. Biedny woźny przebiegł całą szkołę, zaglądając od sali do sali, byle tylko ją odnaleźć.

            Jednak nie zaczepiał mnie i nie wrzeszczał „Evans, umówisz się ze mną?!”, jak to miał wcześniej w zwyczaju. Co jakiś czas tylko, wyprzedzając mnie na szkolnym korytarzu szeptał mi do ucha:

             - Jeszcze tylko cztery dni.

            Za pierwszym razem, gdy to zrobił prawie krzyknęłam, przerażona. Przecież rzadko się zdarza, by ni stąd ni zowąd słyszeć nad uchem czyjś głos, usprawiedliwiałam się przed sobą, zawstydzona swoją reakcją.

            Byłam jednak świadoma, że godzina zero się zbliżała i już niedługo Potter będzie miał wolną rękę. Odpychałam jednak tą ponurą perspektywę, odgradzając się stosem ksiąg i górą wypracowań. Uświadomiłam sobie bowiem, że już w tym roku SUMy, a ja jeszcze nawet nie wzięłam się za porządne przygotowania! Dlatego wolny czas spędzałam w bibliotece, szukając coraz to nowszych i bardziej przydatnych podręczników.

             - Czerwona barwa… gorzki smak… - mruczałam pod nosem robiąc notatki do wypracowania na eliksiry. Było pochmurne popołudnie, a ja właśnie siedziałam w bibliotece, przeglądając jedną ze starych, zakurzonych ksiąg.

            Wtedy jednak drzwi pomieszczenia otwarły się z hukiem, a w progu stanął sam James Potter, szukając czegoś zawzięcie wzrokiem. Kiedy jego spojrzenie padło na mnie, w jego oczach od razu zapaliły się te łobuzerskie błyski. Podszedł do mnie i stając nad moim stolikiem, spytał głośno z szerokim uśmiechem na ustach:

             - Evans, umówisz się ze mną?

            Język ludzki jest zbyt ubogi (choć słyszałam, że elficki ma odpowiednie słowo), by określić satysfakcje, widniejącą wtedy na jego twarzy. Kilka osób podniosło wzrok znad woluminów i spojrzało na nas z niekrytym zainteresowaniem.

            Ja zaś zerknęłam na niego zszokowana.

             - Potter, nie pamiętasz? Mamy umowę, więc mi nie przeszkadzaj.

            Jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył.

             - A wcale, że nie! – wykrzyknął uradowany. – Nasza umowa skończyła się dokładnie trzy minuty temu! Wybacz, za to opóźnienie, ale musiałem jeszcze cię znaleźć – puścił mi oczko, ewidentnie uszczęśliwiony. – Więc jak, Evans? Jedna mała randka nikomu jeszcze nie zaszkodziła…

             - Spadaj, Potter, jestem zajęta – powiedziałam, przerażona myślą o tym, co zacznie się teraz dziać w moim życiu.

             - Pójdę sobie, jak się zgodzisz ze mną umówić – uśmiechnął się bezczelnie.

            Z westchnieniem zamknęłam książkę i spakowałam torbę, mówiąc:

             - Dobrze, więc ty sobie tu stój, a ja nie będę ci przeszkadzać.

            I wyszłam, licząc na to, że nie wybiegnie za mną, wrzeszcząc: „Ale Evans, co z naszą randką?!”.

            Przeliczyłam się.

             - Ale Evans, co z naszą randką?! – zawołał oburzony, jakby czytał mi w myślach i wybiegł za mną z biblioteki.

             - Jest równie nierealna, jak była przedtem – powiedziałam stanowczo.

I znów szliśmy razem, ramię w ramię, przez szkolne korytarze. Deja vu? Przyspieszyłam kroku, choć i tak miałam świadomość, że przy sprawniejszym i bardziej wysportowanym Jamesie nie miałam szans uciec.

             - Łoł, nie pędź tak, bo jeszcze się zmęczysz! – zawołał wciąż rozweselony, a ja powstrzymywałam w sobie wszelkie mordercze instynkty. Dasz radę Lily, jeszcze trochę. – Daj, poniosę ci torbę, bo pewnie jest ciężka – zaproponował i jednym szybkim ruchem zsunął mi ją z ramienia.

             - Co? Ej! – krzyknęłam, jeszcze bardziej oburzona. – Oddaj!

             - Nie, bo się zmęczysz, a ja jako dżentelmen nie mogę na to pozwolić – odparł, uśmiechając się do mnie łobuzersko. Taa, był to uśmiech typowego huncwota…

             - Pff! – prychnęłam, jakbym usłyszała dobry żart. – Ty i dżentelmen, dobre sobie! Dżentelmen nie napastowałby koleżanki z roku o głupią randkę, jeśli z milion razy powiedziała mu NIE!

             - Po prostu wiem, że ta koleżanka też chce tej randki, choć może o tym jeszcze nie wiedzieć.

             - Ja… Ty… Po prostu… - zabrakło mi słów. Patrzyłam na niego, nie mogąc uwierzyć w jego arogancję. W końcu, odzyskując rezon, zdenerwowałam się: - Oddaj mi w końcu moją torbę! – krzyknęłam, zatrzymując się i tupiąc nogą.

            On również się zatrzymał i przyjrzał mi się badawczo. Choć napastował mnie dopiero od niedawna, wiedziałam, że to zły znak - analizował, jak daleko może się posunąć i jak wiele mogę poświęcić, by wreszcie odzyskać własność.

             - A jak bardzo ci na niej zależy? – spytał, wpatrując się we mnie natarczywie i unosząc leniwie prawą brew. To wszystko w połączeniu z huncwockim uśmiechem na jego twarzy powaliłoby na łopatki połowę populacji żeńskiej.

             - Trochę… - zawahałam się, wiedząc, że nie mogę pokazać jak bardzo jej potrzebuje. Przecież tam są wszystkie moje prace domowe!!!

             - Czyli, będziesz na mnie TROCHĘ zła, jeśli wrzucę jej zawartość do jeziora – stwierdził, ruszając wzdłuż korytarza. To wystarczyło. Mimowolnie drgnęłam i zrobiłam krok w jego stronę, a on zatrzymał się z triumfalnym uśmiechem na ustach. – Och, odnoszę wrażenie, że zależy ci na niej trochę bardziej, niż się do tego przyznajesz. – I znów ten huncwocki uśmieszek na jego ustach.

             - Potter, po prostu mi ją oddaj – westchnęłam, zła na siebie, że dałam się tak głupio podpuścić, jak jakaś naiwna ośmiolatka.

             - Więc mi ją zabierz – zaproponował z rozbrajającym błyskiem w oku.

            Podeszłam do niego, jednak kiedy tylko sięgnęłam ręką po swoją własność, ona już znajdowała się poza moim zasięgiem.

             - Potter, nie zachowuj się jak głupi dzieciak! Oddaj mi ją! Nie masz prawa mnie szantażować! – krzyknęłam i ponownie rzuciłam się w kierunku swojej torby, łudząc się, że tym razem ją odzyskam.

            Zapomniałam tylko, że w tej szkole nikt nie ma lepszego refleksu niż szukający Gryffindoru. W jednej chwili pochwycił mnie wolną ręką i, odrzucając torbę w bok, przycisnął do ściany. Z jedną ręką na mojej talii i drugą opartą nad moim ramieniem, wpatrywał się we mnie z huncwockim uśmiechem, który wręcz krzyczał „zaraz coś przeskrobię”.

             - Lily, musisz się czegoś nauczyć – westchnął teatralnie, obserwując jak narasta popłoch w moich oczach. - To przed chwilą nie był szantaż. Szantaż brzmiałby mniej więcej tak: nie puszczę cię, jeśli mnie nie pocałujesz.

            Przerażona zerknęłam na niego, nie będąc pewna co on wyprawia. Nie podobało mi się położenie jego rąk (szczególnie tej jednej, która mnie dotykała) ani bezczelny uśmiech na ustach. Bez zastanowienia spróbowałam go odepchnąć, jednak on nawet nie drgnął. Uśmiechnął się tylko szerzej, obserwując moją bezsilność.

             - Potter, puść mnie – zażądałam stanowczo, jakbym to ja panowała nad sytuacją.

            On tylko nachylił nade mną, tak, że mogłam poczuć zapach jego perfum. Był to dla mnie swoisty automatyczny alarm, który właśnie krzyczał „ZA BLISKO”. Dopiero teraz, kiedy znajdował się tak blisko zauważyłam, jak duża jest między nami różnica wzrostu. I zrozumiałam, dlaczego moja szarpanina jest tak bezowocna.

            Prawda jest taka, że przy Potterze byłam bezsilna.

            Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednak nie dałam mu dojść do głosu. Pchnęłam go po raz kolejny, łudząc się, że tym razem może zadziałać efekt zaskoczenia.

Cholera, znowu nawet nie drgnął!

             - Proszę, puść mnie – jęknęłam błagalnie, wiedząc, że teraz mogę liczyć tylko na jego litość.

            Nachylił się jeszcze bardziej, a ja tylko mocniej wcisnęłam się w ścianę, starając się jak najdłużej zachować jakikolwiek dystans.

             - Więc mnie pocałuj – zaproponował, a w jego oczach błyszczały iskry rozweselenia.

            Położyłam rękę na jego klatce piersiowej, byle tylko bardziej się do mnie nie zbliżał.

             - Kiedy ja nie chcę!

             - To chyba trochę tak postoimy, nie uważasz? – zaśmiał się, przybierając ton dorosłego, który tłumaczy oczywistą prawdę małemu dziecku.

            I znów się zdenerwowałam.

             - Nie wystarcza ci tamten pocałunek z Pokoju Wspólnego? – warknęłam.

             - Może by wystarczył, gdyby nie jego niefortunne zakończenie – powiedział, a jego dłoń z mojej talii przeniosła się w górę i jakby mimowolnie zaczęła bawić się pojedynczym kosmykiem moich rudych włosów.

             - Och, uwierz mi, że każdy nasz pocałunek będzie się kończył w ten sposób – prychnęłam, odwracając głowę, by już nie patrzeć na tę jego minę, pełną samozadowolenia.

             - Czyli przyznajesz, że będzie ich więcej? – szepnął mi do ucha, korzystając z okazji, że jestem zwrócona do niego profilem. Mimowolnie zwróciłam się do niego twarzą (oczywiście by taka sytuacja nie mogła się powtórzyć). Jego prawa brew powędrowała do góry, a w mojej głowie pojawiło się wrażenie, że wielokrotnie ćwiczył ten flirciarsko-huncwocki wyraz twarzy w lustrze.

             - Nie, oczywiście, że nie! Raczej chodziło mi o to, że jeśli tylko mnie tkniesz, oberwiesz w właśnie taki sposób – wyjaśniłam pospiesznie.

             - Wolę pozostać przy mojej wersji.

             - Na Merlina, mówienie do ciebie, to jak walenie głową w mur!

             - Po prostu jestem uparty, przecież wiesz - wzruszył ramionami.

             - Wiem, ale jeśli tym razem też będziesz się upierał, to oberwiesz w twarz - ostrzegłam go, próbując przybrać ten sam surowy wyraz twarzy, który codziennie widzę na twarzy McGonagall w trakcie lekcji transmutacji.

             - Zaryzykuję – powiedział, co raz zerkając na moje usta i przybliżając swoją twarz do mojej. W tej chwili jego zamiary stały się aż nadto oczywiste.

             - Jesteś pewien? – Uniosłam brwi, wyczekując jego odpowiedzi. Wolałam, by on sam podpisał na siebie wyrok.

             - Jestem huncwotem, więc dla mnie bez ryzyka nie ma zabawy – mruknął, zbliżając się ustami do moich. Jego lewa ręka wciąż bawiła się kosmykiem moich włosów, zaś prawa ze ściany przeniosła się na mój kark.

            PLASK!

            W jednej chwili moja ręka wylądowała na jego policzku. Nie miałam zamiaru nigdy więcej dopuścić do takiej sytuacji, jak tej nieszczęsnej nocy w Pokoju Wspólnym. Wyrwałam się z jego uścisku i bez słowa podeszłam do swojej torby. Złapałam ją i ruszyłam korytarzem, nie zerkając na niego nawet na sekundę.

            Miał za swoje.
 

 


 

            Wielkimi krokami zbliżał się grudzień, a ku mojemu zdumieniu, do tej pory nie spadł ani jeden płatek śniegu. Mimo wszystko, uczniowie już żyli perspektywą świąt i wolności od prac domowych. Bo przecież miesiąc? Cóż to jest!

            Nawet ja uległam tej wesołej i gwarnej atmosferze, panującej wokół. Już cieszyłam się na najbliższe Hogsmeade, kiedy to z dziewczynami planowałyśmy kupić wszystkie potrzebne świąteczne prezenty. A wymarzona sobota zbliżała się wielkimi krokami.

            Co dziwne, już budząc się rano wiedziałam, że coś jest nie tak. Zaczęło się od głośnych szeptów moich przyjaciółek, oczywiście, tuż nad moim uchem. Z niechęcią otworzyłam oczy i rozejrzałam się w poszukiwaniu powodu tego zbiegowiska. Rzecz jasna one od razu to zauważyły i rzuciły się na mnie jak wygłodniałe hieny.

             - Lily, czy to od Jamesa? – zapytała Dor, a jej oczy błyszczały od ekscytacji.

             - Co? – spytałam nieprzytomnie, podnosząc się do pozycji siedzącej i pocierając oczy.

            I wtedy to ujrzałam. TO, czyli ogromne prezentowe pudło, zawinięte w krwistoczerwony papier, ze złotą kokardą, znajdujące się w nogach mojego łóżka. Zaskoczona zamrugałam kilkakrotnie, nie wiedząc o co chodzi.

             - Co to jest? – wyjąkałam nieprzytomnie.

            Dorcas zachichotała, jednak zaraz oberwała kuksańca od Kate.

             - Lil, myślałyśmy, że to ty nam to wyjaśnisz – wyjaśniła spokojnie Harrison.

             - Ale ja nie mam pojęcia…

             - Rozpakuj, rozpakuj, rozpakuj!!! – piszczała podekscytowana Dorcas. Czasem zachowywała się jak małe dziecko.

            Ostrożnie zdjęłam pokrywę z pudła i, niepewnie zaglądając do środka, zobaczyłam… kolejne pudło. W nim oczywiście znajdowała się kolejna paczka, a ja coraz bardziej zniecierpliwionymi ruchami zdejmowałam coraz to nowe pokrywy. Co to w ogóle ma być?! Wreszcie udało mi się dogrzebać do ostatniego najmniejszego pudełeczka. Nie wiedziałam jakiego typu podarunek mógłby się zmieścić w takim maleństwie. Otworzyłam je, a moim oczom ukazała się… kartka. Mała, złożona na pół.

            Słyszałam wręcz, jak dookoła mnie Kate, Ann i Dor wstrzymują oddech. Ja chyba też to zrobiłam. Powoli po nią sięgnęłam. Nie był to świstek pergaminu, ale gruby papier przeznaczony do tego typu liścików, tak by można je było dołączyć do kwiatów lub podarunku.

 

Spotkajmy się dziś o 16.00 na Placu Maloruve

Proszę, przyjdź.

J.P.

 

            Jak zaczarowana wpatrywałam się w pochyłe pismo. Miałam wrażenie, że litery i słowa falują, jakby chciały przykuć moją uwagę.

Zaglądająca mi przez ramię Dorcas skrzywiła się.

             - Serio? Dał ci kawałek papieru?!

             - Przecież nie chodzi o kawałek papieru. – Nie wiem dlaczego zaczęłam go bronić. Ale przecież nie miała racji.

             - Tak? A o co? W ogóle co za wariat daję dziewczynie setkę pudełek i pusty kawałek kartonika! – prychnęła, zawiedziona.

            Co?! Jak to pusty?!

            Spojrzałam na nią zaskoczona. Przecież ta karteczka nie jest pusta!

            Ann przyglądała mi się badawczo.

             - Myślę, że ten kartonik nie jest pusty. Przynajmniej nie dla Lily.

            Wszystkie trzy rzuciły mi zaciekawione spojrzenia, a ja po prostu wzruszyłam ramionami. Co miałam im odpowiedzieć?

             - Na Merlina! Przestań być taka tajemnicza! – zawołała rozemocjonowana Dorcas. – Co tam jest?!

             - Propozycja spotkania. Plac Maloruve o szesnastej. Przynajmniej użył słowa „proszę” – prychnęłam, wygrzebując się z pościeli i zmierzając w kierunku szafy. Zapragnęłam nagle zmienić temat, byleby tylko uniknąć ich pytań i spekulacji. – Wiecie w ogóle jak dostał się do naszego dormitorium? – spytałam pochylając się nad półką, marszcząc brwi. To naprawdę była istotna kwestia.

            Kate westchnęła.

             - Lily, odpowiedź na wszystkie tego typu pytania jest jedna: to jest James Potter.

            To mi się nie spodobało. Odwróciłam się zirytowana w ich stronę.

             - Co to ma znaczyć? Że jeśli jest Jamesem Potterem to wolno mu wszystko, a cały świat ma leżeć u jego stóp? Że wlazł sobie nielegalnie do naszego dormitorium bez naszego pozwolenia i nakłania mnie jeszcze do spotkania?! O nie! Cholera jasna, nie ma mowy, abym była kolejną jego zachcianką!

            Dziewczyny patrzyły na mnie lekko zszokowane, a ja bez słowa złapałam swoje ciuchy i zamknęłam się w łazience z przeświadczeniem, że mam rację. Może trochę przesadziłam ze swoją reakcją, ale, jak to mawiała moja mama: nie ważne jak powiedziana prawda jest zawsze taka sama. A prawda była taka, że mając szacunek do siebie nie pozwolę, by ktoś  potraktował mnie jak jednorazową zabawkę. A z całą pewnością właśnie to zrobiłby James Potter.

            Z łazienki wyszłam ubrana w czarne spodnie i zielony sweter. Włosy związałam w nieskomplikowany supeł na karku, nie bawiąc się w żadne makijaże. Kiedy Kate, Dor i Ann jak sępy rzuciły się na wolną łazienkę, ja schwyciłam drobną karteczkę i z nią w ręku zeszłam do Pokoju Wspólnego.

            Już przy samym wejściu przeszukałam go wzrokiem, wiedząc, że James Potter gdzieś tutaj musi być. Kiedy go znalazłam, siedzącego na jednej z kanap znajdujących się w kącie, on akurat wpatrywał się we mnie intensywnym i, wyjątkowo jak na niego, poważnym wzrokiem. Uniosłam karteczkę, tak by wiedział co to jest, a następnie przeszłam przez Pokój Wspólny i wrzuciłam ją prosto do kominka, czując, że każdy mój ruch jest uważnie śledzony przez jego orzechowe oczy.

 

 
 

W Hogsmead spędziłyśmy prawie cały dzień. Chodziłyśmy od sklepu do sklepu szukając najtrafniejszych prezentów dla naszych rodzin i wspólnych przyjaciół. Wedle tradycji około trzynastej rozdzieliłyśmy się na godzinę, by móc spokojnie znaleźć prezenty dla siebie nawzajem. I choć wstyd mi przyznać, panicznie bałam się, że tuż za rogiem „wpadnę” na Pottera, który będzie gadał głupoty i zachowywał się jak totalny pajac, byleby tylko znaleźć się w centrum uwagi.

Na Merlina, tak bardzo się tego bałam!

            Ale udało się. Około czternastej spotkałam się z dziewczynami w umówionym punkcie i ruszyłyśmy dalej, by zakupić już te ostatnie podarunki. Wreszcie mogłyśmy spokojnie usiąść w Trzech Miotłach, zamawiając piwa kremowe (Dorcas, Kate, Ann) i podgrzaną wodę goździkową (ja). Siedząc tam i żartując z nimi czułam się lekką i pozbawioną wszelkich problemów. Zapomniałam o wszystkim. Nie mam pojęcia jak długo tak siedziałyśmy, ale kiedy za oknem zaczęło się ściemniać, Kate zasugerowała:

             - Chyba powinnyśmy już iść. – Uśmiechnęła się szeroko, a ja nie miałam pojęcia, czy to z powodu procentów w piwie, czy może niecnego planu wepchnięcia którejś z nas w zaspę zgrabionych liści. Może oba.

             - Co? Jeszcze nie!- jęknęła rozczarowana Dorcas, ale zaraz coś huknęło pod stołem i aż skrzywiła się z bólu. Nie ma to jak dyskretny kopniak. – Może jednak rzeczywiście już chodźmy.

            Wiedziałam, że te dwie mają jakiś niecny plan, więc wychodząc z baru co chwila oglądałam się za siebie z obawą, że zaraz, któraś wskoczy mi na plecy lub ze śmiechem wepchnie do rowu. Och tak, moje przyjaciółki były nieobliczalne…

            Szłyśmy przez chwilę, aż nagle Kate zatrzymała się z przerażeniem wymalowanym na twarzy.

             - Kate, co się stało? – spytała Ann swym opanowanym głosem. Byłaby świetną mugolską terapeutką.

             - Ja… Cholera, czy mogłybyśmy tu na chwilę skręcić? Zapomniałam o jednym prezencie, a tam, kilka uliczek dalej jest świetny sklep. To zajmie tylko sekundę obiecuje – powiedziała, patrząc na nas błagalnie.

             - Jasne, nie ma problemu – odparła Dor, wzruszając ramionami.

            Westchnęłam.

             - Tylko szybko. To nie byłoby zbyt bezpieczne, gdyby cztery dziewczyny wracały same po nocy. Szczególnie w dzisiejszych czasach – zastrzegłam, wiedząc, że i tak żadna z nich mnie nie słucha.

            Kate nas poprowadziła. Skręcałyśmy w kolejne uliczki, aż sama się pogubiłam.

             - Kate, to miało być niedaleko! – zawołałam, zirytowana.

             - Tak, tak! To już za rogiem! Spodoba ci się! – uśmiechnęła się do mnie szeroko i niebezpiecznie, a ja już się bałam jakiego typu jest to sklep.

            Wreszcie skręciłyśmy. Zmarszczyłam brwi. Znałam to miejsce, ale rzadko tu przychodziłam. Plac Maloruve był rzeczywiście świetnym ośrodkiem handlowym, ale czy Kate naprawdę musiała robić te swoje zakupy właśnie tutaj? Już chciałam jej to powiedzieć, kiedy zobaczyłam ten szatański uśmiech na jej, nie, ICH twarzach. Wtedy z odległej wieży usłyszałam bicie zegara. Cztery uderzenia.

            Prawda dotarła do mnie w ułamku sekundy.

            Zamarłam, porażona faktami. Wiedziałam co się za chwile stanie.

             - Miałem nadzieję, że jednak przyjdziesz – usłyszałam za plecami przerażająco znajomy, pełen rozbawienia głos.

            Cholera.